O sytuacji właścicieli firm w Polsce, ich postrzeganiu przez społeczeństwo oraz o odbywających się w Warszawie protestach przedsiębiorców rozmawiamy z Pawłem Tanajno – przedsiębiorcą i kandydatem na prezydenta RP.

 

Nikodem Pankowiak: Czy Pana zdaniem przedsiębiorcy, pytam zwłaszcza o małych i średnich, są w Polsce szanowani? Jak z Pańskiej perspektywy traktują ich kolejne rządy?

Paweł Tanajno: Widzę różnice w działaniach poszczególnych rządów wobec przedsiębiorców, ale nie wpływa to na moją ocenę, która wobec nich jest taka sama. Jedni zajmowali się grabieżą skarbową, drudzy zajmują się nacjonalizacją, poprzez różne mechanizmy prawne, de facto atakujące własność przedsiębiorców, czyniąc nas wyjętymi spod prawnej opieki i konstytucyjnej ochrony własności.

A jak wygląda sam wizerunek przedsiębiorcy w Polsce? W zdecydowanej większości są to przecież ludzie, którzy ciężko pracują i uczciwie płacą podatki w kraju, nie w rajach podatkowych, a można odnieść wrażenie, że w ostatnich latach ich obraz jest bardzo demonizowany.

Prowadzę biznes od lat 90. i najpierw trzeba było walczyć z wizerunkiem utrwalonym w lekturach, że każdy przedsiębiorca to fabrykant Niemiec, jak w „Ziemi Obiecanej”. Teraz, za czasów PiS-u, wróciły te negatywne cechy, których za czasów PO nie było. Wróciły głosy, które znamy z historii, z szerokich opracowań, czyli klasyczny marksizm i wojna klas – retoryka jak z PRL-u z lekką modyfikacją. O przedsiębiorcach mówi się np. w kontekście mafii vatowskiej, a przecież mafia zawsze jest skonstruowana w oparciu o urzędników i słupy, a nie o przedsiębiorców. Zawsze mafia polega na tym, że urzędnik, który ma wiedzę o tym, gdzie państwo kuleje i nie jest w stanie się obronić, tworzy najróżniejsze przedsiębiorstwa, aby „doić” budżet państwa, czyli okradać także uczciwych przedsiębiorców i podatników.

Czy przedsiębiorcy zatem nie powinni w jakiś sposób o ten swój wizerunek „zawalczyć”?

Winna jest tutaj bierność. Mali, mikro i średni przedsiębiorcy zajęci są tylko swoim biznesem i dotychczas ten wizerunek zostawili na pastwę polityków. Duże organizacje, które się zrzeszają, oraz duzi przedsiębiorcy pilnują swoich interesów w różny sposób, a my zostaliśmy rzuceni na pastwę i niełaskę polityków. Popełniamy fundamentalny błąd pod tytułem „Jestem przedsiębiorcą, nie wchodzę w politykę”. Wszyscy w nią wchodzimy w momencie, kiedy narzuca nam się split payment, kiedy skarbówka opóźnia zwroty VAT, akceptując białą listę i milion innych rozwiązań. To fatalne myślenie teraz właśnie zbiera żniwo – nikt się z nami nie liczy. W ramach naszej działalności chcemy docierać bezpośrednio do przedsiębiorstw. Naszym celem jest walka m.in. o godność, czyli o wizerunek.

W takim razie czy strajk przedsiębiorców, na którego czele Pan stanął, to pokłosie frustracji środowiska wyłącznie z powodu działań rządu w czasie epidemii, czy też ten bunt wynika z szerszego spojrzenia na sposób funkcjonowania biznesu w Polsce?

Na początku nasz protest związany był głównie ze swego rodzaju niesprawiedliwością w komunikacji rządu. Premier Morawiecki opowiadał, że to on uratował 2,5 mln miejsc pracy, w czasie gdy wszyscy przedsiębiorcy robili to ze swoich środków. Sztandarowym przykładem jest pan Gołębiewski (właściciel firmy spożywczej Tago i sieci hoteli – przyp. red.), który zastawił swój majątek, żeby wziąć kredyt i ratować 950 miejsc pracy. Tak więc przedsiębiorcy na swój rachunek i ze swoich oszczędności utrzymywali miejsca pracy, a tymczasem Morawiecki opowiadał, że to jego zasługa. To był główny motyw, ale z czasem okazało się, że następuje luzowanie gospodarki, a luzowania praw obywatelskich nie ma. Ludzie zaczęli rozumieć, że ci przedsiębiorcy, na co dzień dumni, zadowoleni, że osiągają sukces finansowy, nie mają lekko. W momencie, gdy odrywamy się od kieratu, jakim jest prowadzenie firmy, okazuje się, że duma z naszych osiągnięć jest tyle warta, co duma chłopa pańszczyźnianego, że wyprodukował trochę więcej zboża, a i tak mu pan wszystko zabiera i go dalej na tym polu trzyma.

djalbum_link:267

Strajk przedsiębiorców w Warszawie 7 maja br. (fot. Katarzyna Pierzchała)

Kim są w takim razie ludzie, którzy protestują razem z Panem? Jakie branże reprezentują?

Przyjeżdżają najróżniejsi przedsiębiorcy z całej Polski, z różnych branż, także handlowcy i restauratorzy. To ci, którzy mają świadomość, że bierne przyglądanie się temu, co robi rząd, prowadzi do jeszcze większego rozhulania się i bezkarności polityków. Wiadomo, że najbardziej pokrzywdzeni są hotelarze, restauratorzy i branża beauty, ale wspierają nas wszystkie biznesy. Bo cóż z tego, że np. działającemu jednoosobowo laweciarzowi przyznano postojowe i kredyt na 5 tys. zł? To nie wystarczy – jeśli ma on do spłacenia leasing za lawetę, to jest to kropla w morzu, a gdzie przeżyć i zrobić coś więcej? Teoretycznie miał on możliwość działalności, w praktyce gospodarka zamarła, ponieważ państwo zamknęło przestraszonych klientów w domach.

Trzeba oddać protestującym z Panem osobom, że wykazały się sporą odwagą, wychodząc na ulice w momencie, gdy nie można było tego robić…

Czasem jestem wręcz sfrustrowany, że ludzie już zapomnieli, iż osiągnięciem wolnej Polski było ustalenie, że zgromadzenia odbywają się bez zgody władz. Nie ma w prawie, w ustawie o zgromadzeniach, takiego pojęcia jak „zgoda na demonstrację”. Organ nie może wydać zgody na demonstrację, on może wydać tylko sprzeciw. W przypadku wszystkich naszych demonstracji organ administracyjny nigdy się nie sprzeciwił. Jeżeli szanujemy prawo i konstytucję oraz system prawny, który mówi, że najwyższym aktem jest konstytucja, potem ustawy, a potem rozporządzenia, to nie można aktem niższego rzędu, czyli rozporządzeniem, ograniczać konstytucji. Tymczasem PiS wydał rozporządzenie, którym ograniczył prawo zgromadzeń. To rozporządzenie jest – prawnicy mówią tu jednym głosem – nielegalne i nielegalne były także działania policji. To oczywiste i udowodnimy to przed sądem.

Czy Pańskim zdaniem pomoc dla przedsiębiorców pod postacią kolejnych wariantów tarczy antykryzysowej uratuje polskie firmy, szczególnie te mniejsze? Jak Pan realnie ocenia działania rządu?

Wszystkie tarcze antykryzysowe to pompka marketingowa, która ma pokazywać, że rząd coś robi. Z naszych obserwacji i podliczeń wynika, że pomoc w sposób realny, zadowalający przedsiębiorców, dotyczyła tylko 5-6% wszystkich firm. Nawet jeśli większość właścicieli firm skorzystałaby z tych drobnych świadczeń, to one w żaden sposób nie mogą być uznane jako pozwalające funkcjonować w sposób płynny, bez zaangażowania swoich zasobów, np. oszczędności. Cały pomysł rządu z kwarantanną polegał na przerzuceniu kosztów na przedsiębiorców i na pracowników. Rząd nie ponosi żadnej odpowiedzialności ani się do niej nie poczuwa, a jeśli ktoś podejmuje jakieś działania, to powinien odpowiadać za ich skutki. Koszty, które teraz mają ponieść przedsiębiorcy, są gigantyczne. W kolejnych miesiącach „rozliczymy” się z rządem. Zachęcam wszystkich przedsiębiorców, żeby wchodzili na grupę Strajk Przedsiębiorców – będziemy uruchamiać stronę i aplikację, gdzie zliczymy nasze straty. Chcemy uświadomić obywatelom, jak nieodpowiedzialnie władza postępowała.

Załóżmy, że zostaje Pan prezydentem. Jakie decyzje podjąłby Pan w pierwszych 100 dniach swojej kadencji, aby ułatwić przedsiębiorcom funkcjonowanie na rynku?

Chciałbym zrobić coś, co kiedyś próbował Janusz Palikot, gdy jako poseł przewodził komisji Przyjazne Państwo, która miała zajmować się wyłącznie likwidowaniem przepisów, a nie ich uchwalaniem. Ja przez pierwsze sto dni swojego urzędowania jako prezydent powołam taką komisję składającą się wyłącznie z przedstawicieli różnych branż i sektorów oraz skali przedsiębiorstw – od dużych do małych – i chciałbym stworzyć swego rodzaju encyklopedię wskazującą, jakie przepisy należy wykreślić. To wszystko po to, żebyśmy wrócili do lat 90., w których działalność gospodarcza miała jak największą swobodę i była jak najmniej uregulowana.

Rozumiem więc, że w pierwszej kolejności kieruje Pan swój przekaz do przedsiębiorców, właścicieli firm…

Trzeba zaapelować do wszystkich przedsiębiorców, którzy dotychczas nie kierowali się myśleniem, że polityka to element prowadzenia działalności. Właściciele firm głosują najróżniej, co wskazuje że światopogląd jest ważniejszy niż biznes. Walczę o to, żeby to zmienić, żeby powstała partia przedsiębiorców i chcę być w wyborach kandydatem przedsiębiorców napędzających tę partię, która będzie naszym politycznym „młotkiem” na klasę polityczną. Ważne żeby zacząć myśleć o wyborach, jak o inwestycjach w firmie, bo wybory są jej formą. My musimy mieć swoją reprezentację polityczną i swojego prezydenta.

zdj. główne: Krzysztof Wróbel

 


Najpopularniejsze